czwartek, 2 lipca 2020

Rozdział 1


Był ciepły poranek, Alice stała oparta o ścianę szkolnego korytarza. Pomarańczowo białe kolory były przytłaczające.Czuła zapach płynu do mycia podłóg. Patrzyła na tablice korkową na której wywieszone były rysunki dzieci.Było jej dziwnie zimno. Podeszła do okna i rozejrzała się po mieście, brukowane ulice odbijały światło słoneczne a domy w kolorach brązowych i bordowych dodawały uroku całemu miastu. Wydawało się spokojne, ale Alice wiedziała że to tylko pozory. Wszystkich w mieście przed mutantami broni bariera która ciągle jest wystawiana na próbę.Spojrzała na mieniącą się barierę osłaniała całe miasto niczym kopuła. Jej odbicie w oknie uświadomiło ją że musi poprawić swoje rude kręcone włosy, postanowiła rozwiązać je i zostawić samym sobie. Usłyszała głos przyjaciółki na auli uśmiechnęła się mimowolnie potem westchnęła przypominając sobie że to już 75 lat Feniksa.Dziwne uczucie w sercu Alice sprawiło że wolałaby zapaść się pod ziemię niż wychodzić na scenę i opowiadać po raz setny historię swoich narodzin.
-A teraz na scenę zapraszamy Feniks! -dźwięcznie zawołała dziewczyna
Alice podeszła do drzwi wzięła głęboki oddech i weszła.
Tłum dzieci i ich rodziców przytłoczyły dziewczynę, obserwowali każdy jej ruch. Dzieci były podekscytowane   wiele z nich wstało żeby lepiej widzieć Feniks. Do rudowłosej podeszła jej przyjaciółka czarne długie włosy wplątały się w mikrofon a szare oczy uśmiechały się do niej.-Tylko pamiętaj bez szczegółów- szepnęła do niej 
-Postaram się - puściła do niej oczko 
Złapała mikrofon i uśmiechnęła szeroko patrząc na tłum .
-Witajcie jak już zdążyliście się dowiedzieć mam moce mogę zamieniać się w ptaka i władam mocą ognia- przerzuciła mikrofon z ręki do ręki - Abby pewnie opowiedziała wam historię jak stworzyła barierę dzięki swoim mocą więc podziękujmy jej brawami dzięki niej jesteśmy bezpieczni.
Wszyscy zaczęli bić brawa i patrzeć na zarumienioną brunetkę. Alice się uśmiechnęła wiedziała że to sprawiło przyjemność Abby w końcu traktowała ją jak siostrę.
-Urodziłam się w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, moja moc w pewnym momencie zatrzymała proces starzenia więc za trzydzieści  lat wy będziecie mieli zmarszczki a ja będę wyglądać dalej jak dwudziestolatka -zaśmiała się-
Może zacznę od początku, mój ojciec dr. Eugene Winter kiedyś chciał udowodnić że radioaktywne cząsteczki jodu i plutonu spowodują ewolucje w DNA człowieka.Pierwszą dawkę wypróbował na sobie dzięki temu żyje do dziś i jest naszym burmistrzem. Postanowił iść o krok dalej i zaproponował ludziom przyjęcie dawki plutonu z pośród wielu ochotników była też moja matka. Byłam wtedy w jej brzuchu moje DNA zmutowało i w taki sposób mam moce feniks. Dr. Eugene wysłał wyniki eksperymentu do światowej organizacji praw ludzkich tam postanowili że rozpylą radioaktywne cząsteczki nad całym światem. Nikt oczywiście nie zdawał sobie sprawy z tego że ludzie zaczną mutować do takiego stopnia że będą potworami
Alice czuła na sobie palące spojrzenie Abby, postanowiła szybko zmienić temat.
-Na szczęście jesteśmy bezpieczni dzięki Abby i generałowi Setowi który wysyła żołnierzy na misje ratunkowe i oczywiście żołnierze eliminują wrogów i nie nie będę wam opowiadać o tym-Spojrzała na dziecko z podniesioną ręką.
-Opowie Pani więcej o potworach-krzyknęło dziecko z tłumu
-Mam zakaz opowiadania wam o potworach-spuściła wzrok i zaczęła myśleć-ale mogę wam coś pokazać
Odłożyła mikrofon  i podeszła do kotar które oddzielały scenę od zaplecza. Podbiegła do niej Abby i złapała za ramię
-Jeżeli się przemienisz będziesz naga- była wystraszona
-Zrobię jedno okrążenie potem odsłoń kotarę na pewno mają tam jakieś teatralne stroje -Alice próbowała ją uspokoić
Odłożyła mikrofon  i podeszła do kotar które oddzielały scenę od zaplecza. Podbiegła do niej Abby i złapała za ramię
-Jeżeli się przemienisz będziesz naga- była wystraszona
-Zrobię jedno okrążenie potem odsłoń kotarę na pewno mają tam jakieś teatralne stroje -Alice próbowała ją uspokoić.
-A jak nie mają- jeszcze mocniej zacisnęła dłoń
-To będzie problem- zaśmiała się i pobiegła
-skoczyła ze sceny i w momencie pojawił się ogień z którego wyleciał Feniks czerwono złote pióra ptaka świeciły w promieniach słonecznych. Słyszała jak dzieci się zachwycają i klaszczą po chwili zobaczyła jak Abby odciąga jedną część kotary. gdy tylko była z dala od oczu dzieci zmieniła się w człowieka. Cała naga szybko zaczęła szukać czegoś do ubrania. W końcu znalazła mundurek szkolny, założyła białą koszulę i spódnicę z szelkami. Nagle upadł manekin Alice od razu odwróciła się w stronę trzasku.
-Wychodź zboczeńcu !- zmarszczyła gniewnie brwi 
Zza wielkiego  kufra wyszła dziwna postać ni to pies ni to człowiek. skóra jakby spalona. Chodziło na czterech a z pyska ciekła ślina, patrzyły na nią ludzkie oczy. Szybko sobie uświadomiła że to mutant.
-Alice co ty tam tak długo robisz- Abby pisnęła na widok potwora
-Spokojnie nie ruszaj się, trzeba go zabić - podeszła o krok bliżej do potwora
-Alice tu jest z czterdziestka dzieci jak ty sobie to wyobrażasz- była przerażona traciła kontrolę.
Nim Alice odpowiedziała potwór rzucił się na nią, ona szybko odbiła w bok. Potwór wpadł na ścianę. Dziewczyna szybko wykorzystała moment i zamknęła potwora w kuli ognia. Zaczął wyć i miotać się ale nie miał żadnych szans.
-Wygłusz go!-nie spuszczała z niego oczu
Abby szybko zamknęła ognistą kule w barierze dźwiękoszczelnej. Po chwili z ciała został proch i smród. Obie patrzyły na pozostałości po mutancie w końcu Alice pomasowała skronie i głośno wciągnęła powietrze
-Muszę iść z tym do ojca -westchnęła opuszczając bezwładnie rękę
-Ja pierdole jak on tu trafił-Abby cała się trzęsła odsunęła się na kilka kroków.
-Widocznie wpuścili napromieniowana osobę, będzie trzeba całe miasto zbadać- wiedziała że ojciec się zdenerwuje
Wyszła bez słowa na korytarz myślała jak powiedzieć ojcu że jego nowy wynalazek dał plamę na zewnątrz wzięła głęboki oddech i ruszyła w stronę domu.

wtorek, 30 czerwca 2020


Mówią że życie jest ulotne, przepływa przez palce jak woda... 

Może przez pierwsze trzy życia 


Prolog

1945.04.10

         Doktor Eugene był zniecierpliwiony, chodził po gabinecie czekając na nowy obiekt do badań. W końcu usłyszał krzyki kobiety. Po chwili znalazł się w sali w której na środku do łóżka szpitalnego przywiązana pasami była młoda kobieta. Jego uśmiech poszerzył się gdy zobaczył okrągły brzuch, od razu wziął do ręki strzykawkę z przezroczystym płynem. Mimo protestów i krzyków ciężarnej wstrzyknął jej ciecz. 

-Co to jest?!-kobieta próbowała się uwolnić.

-Podałem ci trzy mikrogramy plutonu-uśmiechnął się serdecznie 

-Co?!-łzy popłynęły po bladych policzkach

-Spokojnie, jesteś w centrum wydarzeń które odmienią świat- pogłaskał ją opiekuńczo po głowie 

-Błagam wypuść mnie-szeptała w kółko te same słowa

-Oczywiście że wypuszczę, tylko jeszcze podam ci radioaktywny jod- odwrócił się w stronę drzwi kiedy do środka wprowadzono jeszcze dwie kobiety.

Doktor wiedział że kobiety tego nie przeżyją, usprawiedliwiał się tym że dzięki  eksperymentowi ewoluuje dna dzieci w brzuchu. To będzie odkrycie jego życia.

Odwrócił się ponownie do młodej kobiety, zauważył wodę cieknącą z pomiędzy krocza kobiety. 

-Ja rodzę!-kobieta czuła przerażenie, termin miała za dwa miesiące

- W takim wypadku będę musiał podać pluton bezpośrednio dziecku- Westchnął niezadowolony.

W całym szpitalu słychać było tylko krzyk rodzącej.